Jakiś smutny i trudny był ostatni okres. I ciężko wspominać radosne wydarzenia, gdy w głowie kołaczą się różne myśli i pytania.
3 sierpnia Olga, po raz pierwszy w życiu uczestniczyła w pogrzebie. Zachowała się godnie i ze spokojem dotrwała do końca uroczystości. I w kaplicy i w kościele i na cmentarzu była bardzo grzeczna. Miałam wielkie obawy, żeby ją wziąć. Ojciec Olgi nie zachęcał mnie. Stwierdził, że "no nie wie", moja mama też była pełna wątpliwości. Jednak Olga jest na etapie huby i jak tylko może porusza się po świecie przyklejona do mnie. I jak się okazało, że jest wybór zostać z nianią w domu i bawić się albo iść z mamą na długie i smutne uroczystości, gdzie ludzie płaczą i gdzie trzeba być najgrzeczniejszym dzieckiem na świecie i nie można się odzywać przez kilka godzin. To wybór był oczywisty.
Odkryłam, przy tej smutnej okazji, że mam bardzo spostrzegawczą i empatyczną córkę.
Olga słyszała, jak Marcin mówił, że ciocia umarła, widziała moją reakcję. Nic nie mówiła. Obserwowała. 2 dni później, siedziałam na kanapie i łzy spływały mi po policzkach. Olga podeszła i pyta:
- Mamo, płaczesz bo ciocia Hania umarła?
- Tak
- Nie martw się, ona niedługo wróci z nieba
Po chwili do pokoju wszedł Marcin i przerażony pyta: "Monia, co się stało?", "Nic", "To dlaczego płaczesz?"
Po mszy żałobnej odczytałam kilka słów. Na początku łamał mi się głos, łzy więzły w gardle. Gdy wracałam na miejsce, Olga wstała i rozłożyła ramiona, żeby mnie przytulić i powiedzieć: "Nie maltw się"
A przedwczoraj urodził się Malutki. Ważył prawie kilogram. Jego mama miała przez 4 dni podawane leki. Wszystko po to by jak to powiedziała zamiast fanfarów radości usłyszeć marsz żałobny.
Nasz kochany Chłopczyku, Aniołku, czuwaj nad swoją mamą.