To były piękne urodziny. Przede wszystkim Olga zupełnie inaczej odbierała to co się dzieje i myślę, że to właśnie te trzecie urodziny spowodowały, że Olga zrozumiała i zapamięta o co w tym wszystkim chodzi.
Już 2 miesiące temu mówiła, że będzie miała urodziny w lipcu i będą prezenty i Mikołaj (no trochę pewne sprawy wymagały uporządkowania) i tort z Mają (pszczółką). Moja mama, na którą zawsze można liczyć, przyszła rano pomóc w przygotowaniach przyjęcia a Olga po otrzymaniu wspaniałej kuchni w prezencie, pytała: "Jest już lipc???"
Becia and company oprócz tego, że wypiekli pyszne ciastka maślane, to jeszcze kupili, bańki, piżamkę, chustkę na głowę, wspaniałą masę plastyczną i dziewczyny zrobiły korale.
Życzenia płynęły z całego świata; od cioci Marty z Nowej Zelandii, od Asi z Włoch i od Ojca Chrzestnego Wojtka z Ukrainy, który wypłynął kajakiem na tamtejsze rzeki.
Goście dopisali byli: Beata z dzieciakami a po pracy dojechał Darek, była Asia S. z Zosią (to "S" w obecnym stanie nazwiska matki Sofii także Asi nie ułatwia sprawy), była Aga z chłopakami, był sąsiad Łukasz. Nie było Poli bo ma anginę ale przyszedł jej tata i brat Błażej. Było ponad 50 balonów wypełnionych helem, który starsze dzieci chętnie łykały, a potem zaśmiewały się do rozpuku odkrywając nowe brzmienie swoich głosów.
Olga pięknie się bawiła, głównie z Zosią ale też przymierzała do Przemka swoje ubrania i mówiła: "to jest na Ciebie za duże, a w tym ładnie wyglądasz", kibicowała chłopakom grającym na Playstation.
W takich radosnych dziecinnych chwilach brakuje mi bardzo Asi .... Asi Sz. Fajnie byłoby patrzeć częściej niż raz na 2 lata na nasze dziewczynki bawiące się razem, nieprawdaż?
Łączna liczba wyświetleń
sobota, 23 lipca 2011
sobota, 16 lipca 2011
ZOO
Przedwczoraj znów byliśmy w zoo. Mamy kupiony roczny bilet co jest wygodne, bo nie trzeba stać w kolejkach i jeździmy. Olga już wie, gdzie co jest i krzyczy, że idziemy do słoni a koło słoni jest balkon. Przechodząc koło sowy mówi: "cichutko, tu jest puchacz". Zawsze zaczynamy od hipopotama i kończymy właściwie na słoniach. Tym razem niezwykłe było to, że Olga przeszła całe zoo. Calusieńkie! I jeszcze miała siłę pobawić się na placu zabaw i wynegocjować balona przy wyjściu. Także tym razem widziała i małpy i flamingi i niedźwiedzie. Ojcu opowiada, że "golyli nie było", co jest absolutną prawdą. Jakoś to sobie poukładała, bo po drodze do goryli były szympansy, które jej pokazałam i trochę zaplątało się dziewcze w tym małpim gąszczu.
- Zobacz Olga, tam jest szympans.
- Dzie?
- No tam, widzisz go?
- Golyla????
- Nie, no to jest szympans.
- Golyl się nazywa Szympans?
A "golyle" gdzieś się pochowały, co wszystkim Olga opowiada, pomijając fakt, że widziała szympansy.
Nie weszliśmy do akwarium ani do gadów, bo ani ja ani towarzyszący nam Łukasz nie mieliśmy już siły. Olgę trudno było wyciągnąć. Cały czas wymieniała zwierzęta, które jeszcze powinna zobaczyć.
- Mamo! Nie widziałam konia!
- Olga, tu nie ma koni
- Nie widziałam....gluglola
- Nie wymyślaj, musimy iść do domu, bo trzeba zjeść obiad, Tymek musi się wyspać, ja już nie mam siły
- Masz siły! itp, itd
W domu nagle doznała olśnienia i przybiegła do mnie. Zrobiła tę swoją przygnębioną minę, chowając jednocześnie głowę w ramiona (chyba się od ojca tego nauczyła) i zrozpaczonym głosem odpaliła: "Nie widzieliśmy klokodyla".
I spraw tu człowieku dziecku przyjemność!!!!
- Zobacz Olga, tam jest szympans.
- Dzie?
- No tam, widzisz go?
- Golyla????
- Nie, no to jest szympans.
- Golyl się nazywa Szympans?
A "golyle" gdzieś się pochowały, co wszystkim Olga opowiada, pomijając fakt, że widziała szympansy.
Nie weszliśmy do akwarium ani do gadów, bo ani ja ani towarzyszący nam Łukasz nie mieliśmy już siły. Olgę trudno było wyciągnąć. Cały czas wymieniała zwierzęta, które jeszcze powinna zobaczyć.
- Mamo! Nie widziałam konia!
- Olga, tu nie ma koni
- Nie widziałam....gluglola
- Nie wymyślaj, musimy iść do domu, bo trzeba zjeść obiad, Tymek musi się wyspać, ja już nie mam siły
- Masz siły! itp, itd
W domu nagle doznała olśnienia i przybiegła do mnie. Zrobiła tę swoją przygnębioną minę, chowając jednocześnie głowę w ramiona (chyba się od ojca tego nauczyła) i zrozpaczonym głosem odpaliła: "Nie widzieliśmy klokodyla".
I spraw tu człowieku dziecku przyjemność!!!!
wtorek, 12 lipca 2011
Śmierdząca sprawa
Każda matka małego dziecka wie, że od kiedy zacznie ono raczkować, wszędzie za matką łazi. Im starsze tym trudniej się ukryć. Bo i drzwi sobie otworzy i będzie nawoływać. Innymi słowy nawet w toalecie człowiek nie jest sam. A w tej toalecie czuje się taki maluch zupełnie swobodnie i zawsze zapyta: "siusiu czy kupka?". Dzisiaj jednak Olga posunęła się dużo dalej.
- Mamo, robisz kupkę?
- Tak (przepraszam, że to piszę)
- A pokażesz mi ją?
- Nie, no Olga! Córcia, to nie bardzo ma sens.
- A ja Ci swoją pokazałam!
No... I co wy na to?
- Mamo, robisz kupkę?
- Tak (przepraszam, że to piszę)
- A pokażesz mi ją?
- Nie, no Olga! Córcia, to nie bardzo ma sens.
- A ja Ci swoją pokazałam!
No... I co wy na to?
poniedziałek, 11 lipca 2011
Rodzeństwo
Tymon. Nosi ubrania na 80 cm. Ma 2 zęby. Dawno nie był ważony, ale jest szczupły. Pięknieje z dnia na dzień. Uśmiecha się. Nie płacze bez powodu, nawet jak się obudzi, to bawi się rączkami, gada i jak mnie zobaczy pochylającą się nad łóżeczkiem śmieje się. Jak widzi Olgę śmieje się w głos. Niesamowite. Olga zawsze biegnie jak usłyszy brata. Staje koło łóżeczka i mówi: "ceść Tymonku" albo "ceść chłopaku" lub klasnalu, maluchu, synku albo .... glubasie. Przytula się i mówi: "kocham jego" zawsze jego nigdy go. Jest jedyną osobą, która mówi do niego Tymonku. Zapytana o imię brata przez obcych mówi Tymek, Tymon lub tylko Tymon ale nigdy Tymek i kropka. Ale, ale ....wszystko jest u nas w domu normalne. Biegnie jak tylko zobaczy, że Tymuś sięga po coś dla niej ważnego i zabiera sprzed nosa lub wyrywa gdy już zdążył to wziąć. Woła matkę na ratunek: "mamo on zjada moją tolebkę!". Innymi słowy, zaczynają się schody. Będzie krew i zgrzytanie zębów.
Ja też Cię kocham mamo!
Dzisiaj byłam średnio fajną mamą. Tak naprawdę byłam beznadziejną matką. Olga zażyczyła sobie mleko. Dostała. Kręciła się, gadała, wchodziła na krzesło, schodziła a ja powtarzałam: uważaj, zaraz rozlejesz, nie kręć się tak. I wylała. No i się wściekłam. I krzyczałam, że oczywiście, że mówiłam, prosiłam. Proszę teraz nie płakać, nie chcę tego słuchać, marsz do pokoju..... Boże straszna baba. Posprzątałam i poszłam na górę, żeby porozmawiać z dzieckiem. A ona śmieje się na siłę. Jak to zobaczyłam myślałam, że mi serce pęknie. Chciała mnie rozśmieszyć, chciała żebym się uśmiechnęła.... Podeszła i mówi, że jak się tak rozleje to trzeba przeprosić i ona przeprasza. Ja na to, że dobrze, że wiem że ona nie chciała. A Olga: "no to teraz ty przeproś, że krzyczałaś na mnie!" Przeprosiłam. Wyjaśniłam, że reakcja nie była adekwatna do przewinienia i usłyszałam: "JA TEŻ CIĘ KOCHAM MAMO!"
Moje dziecko ma 3 lata i jest mądrzejsze ode mnie.
Moje dziecko ma 3 lata i jest mądrzejsze ode mnie.
czwartek, 7 lipca 2011
PRZEDSZKOLAK
Wczoraj zadzwoniła siostra dyrektorka z przedszkola do którego Olga się nie dostała (bo zbyt późno się zgłosiliśmy), że zwolniło się miejsce i jeśli jesteśmy nadal zainteresowani to zaprasza jutro na ostatni dzień zajęć adaptacyjnych. Ja w szoku, bo już przyzwyczaiłam się do myśli dowożenia Olgi do innego przedszkola, też prowadzonego przez zakonnice, ale co ja poradzę na to, że w naszej okolicy te dwa przedszkola cieszą się największą renomą a w dodatku kosztują tyle co państwowe?!?!?!? Anyway, już się przyzwyczaiłam do myśli, że to będzie tamto przedszkole, już to oswoiłam, już oczami wyobraźni widziałam jak idę z Olgą do tamtej szatni, daję jej buziaka a ona idzie z panią za rączkę w tamtym przedszkolu, a tu nagle siostra dyrektorka wykręca mi taki numer!!!! Na szczęście ojciec podchodzi do tego bardziej racjonalnie niż ja. Twierdzi, że to "nowe" przedszkole jest blisko i można wziąć Tyma na spacer i odebrać Olgę. No bo przedszkola są równie dobre, także chyba trzeba ojca posłuchać i przyzwyczajać się do nowych wyobrażeń.
Ale do rzeczy! Byłyśmy na tych zajęciach adaptacyjnych. No i matka popłakała się 3 razy a Olga 5..... może 4. Tragedia. Ja tego nie wytrzymam w tym wrześniu.
Zaparkowałyśmy pod sklepem, więc Olga była zdziwiona, że twierdzę iż idziemy do przedszkola. Przeszłyśmy na drugą stronę ulicy i już wiedziała, o co mi chodzi. Biegła do furtki mało nóg nie połamała. Weszłyśmy, miła pani zapytała jak ma na imię na co moje dziecię odparło, że Ola. No wiecie co? Przecież to moja Olga! No ale trudno. Potem wyszła siostra dyrektorka, przywitała mnie i przedstawiła się Oldze. Coś jeszcze chciała powiedzieć ale Olga szybko zapytała: "Gdzie jest szatnia, żeby zdjąć kurteczkę?". Na szczęście siostra zareagowała z entuzjazmem, że taka przygotowana. Nie ma to jak mądre książeczki. Poszłyśmy na górę, tłum rodziców (Dawid przyszedł z mamą, tatą i babcią....szkoda, że psa nie wzięli), sama się wystraszyłam. Na razie Olga tylko była lekko zagubiona. Wyciągała jakiś wózek dla lalek, któraś z mam jej pomogła na co moja córeczka powiedziała: "dziękuję pani!". Matko, ona jest za grzeczna na brutalne przedszkole. Ja już popłakiwałam. Wszystkie dzieci większe od niej. Chłopcy jacyś wyjątkowo masywni, dziewczynki wysokie. Gabrysi sięgała do ramienia. Co za dżungla! Jak moje dziecko się w niej odnajdzie? No i nie ukrywajmy...Jak ja się w tym odnajdę?!?! No ale staram się być dzielna, bo w końcu nie wolno stresować dziecka swoimi emocjami. No to nie stresowałam. Przeszliśmy do innej, większej sali, Olga siedzi, niby się dobrze bawi, śpiewa i nagle w ryk! Gdzie mama. Ja na baczność w pół sekundy. Jestem Olgusiu, jestem. Potem dzieci szarpały chustę (robiły falę na morzu), Olga na ręce. Po chwili też już szarpała ale tak jej serce waliło, że z ledwością powstrzymałam atak płaczu. W rękach siostry Ilony kukiełka misia Alberta. Albert zaprasza do malowania farbami. Olga krzyczy hurra!!!! Po zorientowaniu się, że ma iść sama bez mamusi wycofuje się ze swojego entuzjazmu. Wiesza się na mnie i oznajmia, że nie idzie. Długo nie musiałam jej namawiać, ale przecież nie zawsze będą malować. Dzieci pomachały i poszły, rodzice podzieleni. Ci którzy wysyłają dziecko do przedszkola po raz pierwszy lekko zestresowani. Ci, którzy przeżywają to po raz kolejny wyluzowani. Ja mam znowu łzy w oczach. Ponieważ jestem jedyną prawie beksą, mocno się spinam i trzymam fason. Potem dzieci jadły. Znowu do sali wparowała zgraja dorosłych i zdekoncentrowała i zestresowała moje dziecko. Ale byłam, widziałam, zareagowałam. Olga pięknie zjadła jogurt, wypiła herbatkę. Po jedzeniu wracaliśmy do dużej sali. I znów napierał tłum, pod drzwiami sali zrobiło się ciasno i to był kolejny moment, który zdecydowanie nie podobał się Oldze. Płacz, i na ręce do mamy. Otworzyły się drzwi do dużej sali, w której na każde dziecko czekał miś. Olga wybrała szarego, chociaż kusiło mnie, żeby podpowiedzieć jej, że biały ładniejszy, żeby jego wybrała. Zuch matka, powstrzymała się! I już było fajnie. Chwila na zabawę, Olga wyglądała na szczęśliwą. Ufffff!
A miś, którego Olga dostała ma przez wakacje oswajać ją z przedszkolem. Ma robić z nami zakupy do przedszkola, czytać książki o przedszkolu, no i we wrześniu ma z nią do tego przedszkola przyjść. Ale czy ja ją tam zaprowadzę???????!!!!!!!!!!!!!!
Ale do rzeczy! Byłyśmy na tych zajęciach adaptacyjnych. No i matka popłakała się 3 razy a Olga 5..... może 4. Tragedia. Ja tego nie wytrzymam w tym wrześniu.
Zaparkowałyśmy pod sklepem, więc Olga była zdziwiona, że twierdzę iż idziemy do przedszkola. Przeszłyśmy na drugą stronę ulicy i już wiedziała, o co mi chodzi. Biegła do furtki mało nóg nie połamała. Weszłyśmy, miła pani zapytała jak ma na imię na co moje dziecię odparło, że Ola. No wiecie co? Przecież to moja Olga! No ale trudno. Potem wyszła siostra dyrektorka, przywitała mnie i przedstawiła się Oldze. Coś jeszcze chciała powiedzieć ale Olga szybko zapytała: "Gdzie jest szatnia, żeby zdjąć kurteczkę?". Na szczęście siostra zareagowała z entuzjazmem, że taka przygotowana. Nie ma to jak mądre książeczki. Poszłyśmy na górę, tłum rodziców (Dawid przyszedł z mamą, tatą i babcią....szkoda, że psa nie wzięli), sama się wystraszyłam. Na razie Olga tylko była lekko zagubiona. Wyciągała jakiś wózek dla lalek, któraś z mam jej pomogła na co moja córeczka powiedziała: "dziękuję pani!". Matko, ona jest za grzeczna na brutalne przedszkole. Ja już popłakiwałam. Wszystkie dzieci większe od niej. Chłopcy jacyś wyjątkowo masywni, dziewczynki wysokie. Gabrysi sięgała do ramienia. Co za dżungla! Jak moje dziecko się w niej odnajdzie? No i nie ukrywajmy...Jak ja się w tym odnajdę?!?! No ale staram się być dzielna, bo w końcu nie wolno stresować dziecka swoimi emocjami. No to nie stresowałam. Przeszliśmy do innej, większej sali, Olga siedzi, niby się dobrze bawi, śpiewa i nagle w ryk! Gdzie mama. Ja na baczność w pół sekundy. Jestem Olgusiu, jestem. Potem dzieci szarpały chustę (robiły falę na morzu), Olga na ręce. Po chwili też już szarpała ale tak jej serce waliło, że z ledwością powstrzymałam atak płaczu. W rękach siostry Ilony kukiełka misia Alberta. Albert zaprasza do malowania farbami. Olga krzyczy hurra!!!! Po zorientowaniu się, że ma iść sama bez mamusi wycofuje się ze swojego entuzjazmu. Wiesza się na mnie i oznajmia, że nie idzie. Długo nie musiałam jej namawiać, ale przecież nie zawsze będą malować. Dzieci pomachały i poszły, rodzice podzieleni. Ci którzy wysyłają dziecko do przedszkola po raz pierwszy lekko zestresowani. Ci, którzy przeżywają to po raz kolejny wyluzowani. Ja mam znowu łzy w oczach. Ponieważ jestem jedyną prawie beksą, mocno się spinam i trzymam fason. Potem dzieci jadły. Znowu do sali wparowała zgraja dorosłych i zdekoncentrowała i zestresowała moje dziecko. Ale byłam, widziałam, zareagowałam. Olga pięknie zjadła jogurt, wypiła herbatkę. Po jedzeniu wracaliśmy do dużej sali. I znów napierał tłum, pod drzwiami sali zrobiło się ciasno i to był kolejny moment, który zdecydowanie nie podobał się Oldze. Płacz, i na ręce do mamy. Otworzyły się drzwi do dużej sali, w której na każde dziecko czekał miś. Olga wybrała szarego, chociaż kusiło mnie, żeby podpowiedzieć jej, że biały ładniejszy, żeby jego wybrała. Zuch matka, powstrzymała się! I już było fajnie. Chwila na zabawę, Olga wyglądała na szczęśliwą. Ufffff!
A miś, którego Olga dostała ma przez wakacje oswajać ją z przedszkolem. Ma robić z nami zakupy do przedszkola, czytać książki o przedszkolu, no i we wrześniu ma z nią do tego przedszkola przyjść. Ale czy ja ją tam zaprowadzę???????!!!!!!!!!!!!!!
środa, 6 lipca 2011
TYLKO KILKA Z MILIONÓW UŚMIECHÓW
RANO PRZY NIEDZIELNYM ŚNIADANIU ODPALA
-Wszyscy ją kolacje a Tymek śpi
DO BRATA
- Wszyscy hałasowują Tymciu!
DO MNIE W CZASIE ZABAWY SZNURKIEM
- Złapię Cię na ten sznurek, będziesz uwięziona!
CHWILĘ PÓŹNIEJ
- Mamo, mogę ją uczesać? (sarnę pluszową)
- Tak.
- Dobrze! To uczesam ją.
I MOJE ABSOLUTNIE ULUBIONE, dzisiejsze ale chyba długo będzie hitem
- Mamo, zobacz! Uwiązałam ją! (pluszową sarnę wzięła na sznurek)
- No widzę, No i jak ona to znosi?
- Ona jajka wynosi, bo ona jest superdzielna!
I NA KONIEC
Olga urzęduje na górze z tatą. Jest już po kąpieli ale słyszę co chwila tupot małych stópek. Na ogół biega i donosi nowe książki do czytania. Nagle podbiega do schodów i krzyczy:" Mamo, mamo! Powiemy abecadło?
- Tak!
- Powiedziała tak! "(to do taty)
I tata włączył na komputerze bajkę o literkach :) Tak to jest jak matka nie dopyta o co chodzi. Tata skrzętnie to wykorzysta i wykpi się z czytania. Ale nie szkodzi, czyta co wieczór.
poniedziałek, 4 lipca 2011
Czego Jaś się nie nauczy
Tego Jan nie będzie umiał. Niestety są takie rzeczy, których Jaś uczy się bardzo szybko. Ostatnio Olga jak się wkurzy mówi: "kurna maść". No biorąc pod uwagę to, że od września idzie do przedszkola do sióstr zakonnych, to generalnie ojciec powinien być z siebie dumny.
Mamusia też nie lepsza. Ostatnio Olga podeszła i odpaliła do ojca: "kurde chłopie!".
Oczywiście wszystko brzmi uroczo bo kulde chłopie czy kulna maść są mimo wszystko słodkie.
Mamusia też nie lepsza. Ostatnio Olga podeszła i odpaliła do ojca: "kurde chłopie!".
Oczywiście wszystko brzmi uroczo bo kulde chłopie czy kulna maść są mimo wszystko słodkie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)