Olga zapytana o to jak było w przedszkolu, mówi, że dobrze. Pytana się nie rozwija. Potem zaczyna opowiadać, jak jej się zachce i kiedy jej się zachce.
Wczoraj to było przy kolacji. Poprosiła o kaszkę i o wsadzenie do Tymciowego fotelika do karmienia (w tej chwili Tymon się mniej nad sobą rozczula niż ona).
I opowiada.
- Był u nas Pan z bębnami. Mamo, mamo dajcie mi dwie miski i wodę i łyżkę, nóż nie jest dobry.
- A jak Pan miał na imię (pyta ojciec)?
- Pan Stefan
- A jak wyglądał?
- Miał takie włosy jak ja i jak ty tatusiu.
- Czyli był blondynem?
- Mhm, tak. I miał słonia. I szukał wszędzie bananów dla słonia ale nigdzie nie było, w żadnym sklepie. I wszyscy wsiedliśmy do łódki i popłynęliśmy. I wysiedliśmy z łódki i był problem. Bo my wszyscy tacy mali a drzewo takie duże. I przywołaliśmy żyrafę.
- I co wspinaliście się po jej szyi na drzewo? (ojciec nigdy nie wytrzymuje do końca opowieści)
- Mhm, tak. Rodzice! Ale dajcie mi jutro dwie miski. jedną taką większą z wodą a drugą taką mniejszą, jak pan. To będzie taki wodny bębenek......
P.S. Zapomniałam jeszcze, że jak płynęli tą łódką to śpiewali: łabu di daj daj, łabu di da.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz