Łączna liczba wyświetleń

środa, 14 marca 2012

Nowa rzeczywistość

Jest tak. Matka Polka wraca do pracy. Od kwietnia. Teraz jednak postanowiła się podszkolić. Także ma próbkę tego jak życie będzie za chwilę wyglądać.
6.30 - środek nocy - pobudka, szybki prysznic, mleko dla Tymka, budzenie dzieci , pocieszanie dzieci, którym nie podoba się wstawanie o godzinie 7.15. Negocjowanie z Olgą ubrania (ze względu na fryzurę-tak mi się wydaje-obowiązkowo musi być sukienka lub spódnica), pierwsza drobna irytacja matki. Sprint na dół, ubieranie w buty (nie te, te nie pasują), kurtkę, czapkę (ale ja chcę kominiarkę). Syn na tym etapie nie protestuje. Dzieci gotowe do wyjścia.
- Ja chcę, żeby mama mnie zawiozła do przedszkola!
- Mama musi zawieść Tymka do cioci
- auuuuuuu (płacz) ale ja chcę, żeby mama!!!!!
- Olguni, kochanie (nie ważne co mówimy i tak nas kochanie nie słucha).
Pierwsze tego dnia poczucie winy.

Otwierają się drzwi. Syn czuje powiew wolności. Wybiega i zaczyna rundkę wokół samochodu. Matka łapie go i wsadza do samochodu. Tymon płacze, wygina się i gryzie. Druga drobna irytacja matki.

Buziaki dla Olgi, miłego dnia, kocham Cię mamo, kocham Cię córeczko, baw się dobrze, ty też mamo.

Uff , ruszamy, dokładnie o tej godzinie, o której powinnam być u Beci. Jestem co najmniej 20 minut za późno. Otwieram drzwi samochodowe, wyciągam syna i przekazuję. Buziak. Słyszę jak zaczyna płakać. Drugie tego dnia poczucie winy.

Porzucam samochód gdzieś pod kościołem, biegnę do metra. Już mam zadyszkę. W metrze odpieram ataki. Dojechałam. Wylewam się z całą masę ludzi podążających do fabryki. Mam wrażenie, że jestem najstarsza a tu jeszcze przecież 30 lat do emerytury. Fala robotnicza zalewa przystanek tramwajowy. Przyjechał tramwaj. Młodzież jest jakaś sprytniejsza, za sekundę okaże się, że do tego tramwaju nie wejdę bo nie umiem się tak pchać. Na szczęście ktoś z tyłu mnie wepchnął. Jadę. Jest już 9. Jestem spóźniona. Wybiegam z tramwaju. Biegnę. Wchodzę na salę treningową. Dzień dobry, przepraszam. Trzecie poczucie winy tego dnia.

Wracam do domu. Bieg do tramwaju. Ktoś mnie do niego wsadził, ktoś wysadził przy metrze. Jakoś się zmieściłam. Nikomu ze współpasażerów lat nie przybyło, tylko mnie. Wysiadam, biegnę, samochód, domofon u Beci, człapię na górę, wchodzę do bawialni krzycząc radośnie: cześć!!!! klękam na wykładzinie, wyciągam ręce.... nikt nie podbiega. Czwarte poczucie winy tego dnia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz